środa, 14 lutego 2018

Walentynki vs Noc Kupały, czyli cudze chwalicie, swego nie znacie

14 luty, sklepy obwieszone czerwonymi serduszkami, witryny zasłonięte pluszowymi misiami i wiadrami pełnymi róż. Niechybny znak, że oto nadeszły Walentynki, a cały naród rzuci się w miłosny wir uniesień, który zniknie 15 lutego nad ranem. Samotni pozostaną sfrustrowani, ci sparowani, którym nie udało się znaleźć nigdzie miejsca, średnio zadowoleni zajmą się swoimi rzeczami. Poza tym jest zimno, szaro, żyć się nie chce. A przecież można świętować w innym czasie. Bardziej przyjaznym. Np. w naszą, słowiańską Noc Kupały!

Dlaczego Noc Kupały, moim zdaniem, jest lepsza? Przyjrzyjmy się najpierw Walentynkom, tak promowanym w mediach całego świata.

Wspomniane wcześniej sklepy obładowane są tandetą i cukrowym kiczem. Karteczki z napisem "I love you", zupełnie jakby język polski nie nadawał się do wyznawania miłości, plastikowe i pluszowe serduszka, mniej lub bardziej kształtne, wiszące dosłownie wszędzie, sztuczne i prawdziwe róże, przy czym te prawdziwe już powoli dogorywają i niechybnie padną, jeśli nikt ich nie kupi. A na pewno wiele zostanie dalej w sklepie, gdy Walentynki się skończą. Do tego pluszowe misie, pieski, kotki, tygrysy, małpy, jednorożce, pegazy i chyba tylko brakuje rzeczywistych rozmiarów pluszowego człowieka, trzymającego w rękach kolejną wersję serca z, a jakże, angielskim wyznaniem miłości.

Ale przejdźmy dalej. Prezent kupiony, mniej lub bardziej kiczowaty, wino już mamy, przecież staliśmy przy winach godzinę, z minami znawców, nie mogąc zdecydować się między czerwonym słodkim, różowym półsłodkim a białym wytrawnym. Z Australii, RPA, Gruzji czy Ameryki? Niech będzie amerykańskie, w końcu to ich święto. Zatem czas wybrać miejsce spotkania z drugą połówką. Kino! Tak, w ciemnej sali będzie okazja do intymnego dotyku. Ano... nie będzie, bo sala najpewniej będzie wypełniona po brzegi ludźmi i roztaczanymi przez nich zapachami - róży, perfum i potu. Szczęściem będzie, jeśli akurat ktoś przed nami nie wepchnie swojej wielkiej głowy na sam środek ekranu. Bo w końcu jeśli nie mogliśmy przyjść "do kina" to chociaż obejrzymy ten film. Kolejną komedię romantyczną w amerykańskim albo polskim stylu, średnio śmieszną, do bólu schematyczną, ale przynajmniej występuje tam ten przystojny aktor/ponętna aktorka. Lepiej nie przypominać sobie ich nazwisk, w końcu obok nas czuwa nasza miłość. Chociaż zdaje się przysypiać...

Kino zaliczone, więc restauracja. Kto mądry, ten zarezerwował stolik z 2-tygodniowym wyprzedzeniem. Najlepiej ten w rogu sali, gdzie nie będzie nas widać, żebyśmy mogli wychylić się przez stół, brodząc brzuchem w jedzeniu, aby się w końcu pocałować. I to naprawdę nic, że stolik, mimo iż w rogu, widziany jest przez połowę sali, przepełnionej, gwarnej, z uwijającymi się kelnerami, dla których 14 luty to dzień żniw. Bo przecież hojny partner napuszy piórka i da solidny napiwek. Choć jedzenie w sumie nie było takie złe, wystrój knajpy nie jest najgorszy, to jednak kolejne godziny spędzone w hałasie robią swoje, aż głowa zaczyna boleć. A boląca głowa nie wróży w nocy fajerwerków, co najwyżej zimne ognie. Ale koniec kolacji, czas do domu, trzeba pochwalić się seksowną bielizną.

A w domu jak to w domu. Łóżko skrzypi. W sumie już późno, pani Krysia z góry zaraz się obudzi i będzie stukać w podłogę. A pranie włączyłeś? Czemu światło w kuchni się świeci? Zgaś, trzeba oszczędzać. I tak mija czas, jak co dzień, bez większej różnicy. Jak zawsze było wspaniale, to w końcu nas spaja, ale jednak chciałoby się małego urozmaicenia, jakiegoś szaleństwa...


A teraz spójrzmy na Noc Kupały, czyli nasze, słowiańskie święto miłości, obchodzone w najkrótszą noc roku, z 21 na 22 czerwca.

Nasz wzrok nie jest atakowany czerwonymi ozdóbkami rodem z Chin, bo i Chińczycy nie znają tego święta. Za to możemy cieszyć się widokiem soczystej zieleni traw i liści, bogatą paletą braw polnych kwiatów, uderzających w nasze nozdrza przyjemnymi zapachami. Chcemy kupić ukochanej jakiś kwiat? Wybór znacznie wykracza poza róże. A jeśli na kwiatki sklepowe nas nie stać, można upleć ukochanej wianek z roślin, które znajdziemy na łące, a tutaj wybór jest przeogromny. Kwietny wianek jest wręcz obowiązkowy, a nasza dama tylko pokraśnieje i jeszcze bardziej wypięknieje w nim, wyglądając niczym Pani Wiosna, a nie opatulona pod szyję Królowa Zimy.

Wianek zrobiony, podarowany, nasza miłość wygląda w nim cudownie. Zatem trzeba się przygotować do wieczora i kupić alkohol. Wino? Nie, wino nie jest słowiańskim specjałem, za to coraz więcej sklepów oferuje bardzo dobrej jakości miód pitny. Jeśli nie wiemy jaki wziąć, na początek wystarczy trójniak. Jeśli jednak mamy ochotę na coś lepszego, zapewne tuż obok stoi pękata butelka z dwójniakiem lub nawet półtorakiem, który smakuje o dwa nieba lepiej niż najsłodsze wino. 5 minut i zakupy zrobione, a i smak nas nie rozczaruje. Zatem pozostaje wezwać znajomych, wziąć ukochaną/ukochanego pod rękę i ruszyć na miejsce spotkania, gdzie zacznie się zabawa.

Dzień ma się ku końcowi, czas rozpalić ognisko. Na działce, ogródku przydomowym, polance, miejscu do grillowania przy stawie - gdzie tylko można. Dookoła grają świerszcze, wiatr ciepło muska nasze twarze, a ogień wraz z miodem potęgują to uczucie. Zapada powolny zmierzch, rozpoczyna się gra światła, wprawiając nas w dobry nastrój. W tle leci muzyka, słychać śmiechy. Ktoś ze znajomych zagrał na gitarze, inny na flecie, wprawiając wszystkich w jeszcze większą radość. Uczcijmy zatem najkrótszą noc w roku! Tej nocy nikt nie pójdzie spać! Kto odważny niechaj skacze przez ogień, oczyszczając siebie i gwarantując sobie szczęście i pomyślność. I to nic, że dookoła są ludzie, to w końcu nasi przyjaciele, nie zwrócą uwagi, gdy nasze dłonie pójdą na pośladki naszej miłości, a usta spiją z jej/jego ust resztki miodu. Miłość to radość i szczęście, a szczęścia nie ma co się wstydzić. Poza tym ciężko jest zapanować nad dłońmi, gdy nasz partner w blasku ognia wygląda jak młody bóg, a nasza partnerka, z rumianymi policzkami i wiankiem na głowie, tańczy wokół jak rusałka, rzucając nam błyszczące z podniecenia spojrzenie.

No w i końcu zmrok. Noc nadeszła. Można iść do lasu, czy chociażby nieco się oddalić od innych, szukając kwiatu paproci. Las jest duży, w przeciwieństwie do sali kinowej czy restauracyjnej. Lasu wystarczy dla wszystkich, a pretekst szukania kwiatu paproci jest idealny, by oddać się sobie. Ciemność, niedalekie odgłosy zabawy przy ognisku, szelest liści... wszystko to potęguje emocje, przyspiesza bicie serca. Że owady? Że kleszcze? Jest przynajmniej kilkanaście naturalnych sposobów, by skutecznie je odstraszyć. A miłość w ciemnym lesie smakuje inaczej niż w ciemnej sypialni. W swojej formie jest bardziej pierwotna, zwierzęca, ale też, paradoksalnie, bardziej zmysłowa, sensualna i eteryczna, a takie uniesienia seksualne nie zdarzają się na co dzień. I to nic, że kwiatu paproci nie znaleźliśmy. To nic, że w promieniu 5 km nie ma w ogóle paproci. Przeżyte doświadczenie wynagrodzi wszystko. Można wrócić do zabawy, do muzyki, do tańców, do jedzenia i miodu i cieszyć się z tego, że oto nadeszło lato.

A jeśli kto samotny, to nie ma czego się obawiać. Walentynki nastawione są na pary, młodsze, starsze, z krótszym i dłuższym stażem, ale jednak na pary, najczęściej nie interesując się singlami, z wyboru czy konieczności. A Noc Kupały? Ona jest dla wszystkich. Samotne dziewczęta i kobiety mogą same upleść sobie wianki, wkładając do nich świeczkę i puszczając na rzece, żeby chłopcy i mężczyźni mogli je nieco dalej wyłowić. Można oznaczyć swój wianek, żeby trafił w pożądane przez nas ręce, a można oddać się na tę noc w ręce losu i zabawić się w słowiańską "randkę w ciemno". A co bardziej nieśmiali panowie, którzy żadnego wianka nie złowili, też nie zostaną sami. Wystarczy trochę więcej miodu, żeby do rana tańczyli w ramionach napotkanej w lesie rusałki, nimfy czy wiły. Byle nie zasnąć gdzieś w pokrzywach, bo pobudka będzie gorsza niż kac.



Które święto jest lepsze? Dla mnie wybór jest tylko jeden. Jak wybierzecie wy - nie wiem. Być może komuś spodoba się Noc Kupały i porzuci świętowanie Walentynek na rzecz naszej, słowiańskiej zabawy. Nawet jeśli tak się nie stanie, to warto wiedzieć czym jest Noc Kupały. Bo choć obce znać dobrze, swoje znać obowiązek.



środa, 17 stycznia 2018

"Korona królów", czyli o co chodzi z tymi Piastami

Od Nowego Roku internet co rusz huczy o "Koronie królów", nowym serialu, zrealizowanym dla TVP. Huczy z wielu powodów. Bo brzydki, bo zakłamany, bo z ukrytą, prorządową propagandą, bo aktorzy za sztuczni, bo to wcale nie wygląda jak polska "Gra o Tron"... Z kulturoznawczego obowiązku postanowiłem coś o tym serialu napisać. Co ja o nim myślę. Bo choć TVP unikam, to jednak serial ów od samego początku oglądam.

A dlaczego oglądam? Ano, historię mamy przepiękną. Niezwykle bogatą i barwną, choć często tragiczną. A historię, zwłaszcza swojego kraju, warto znać. I też ze względu na swoje zainteresowania, tak historią ogółem, jak i bardziej szczegółowo średniowieczem, skusiłem się na ten tytuł. "Korona królów" opowiada historię życia i panowania Kazimierza Wielkiego, sięgając tym samym czasów, które darzę osobistą sympatią. Bo to dzięki Kazimierzowi możemy dzisiaj podziwiać kilkanaście pięknych zamków, lepiej lub gorzej zachowanych, znajdujących się na mojej ukochanej Jurze. Więc oglądam. Już 11 odcinków za mną. 

Czy rzeczywiście jest biednie? Trudno mi powiedzieć. Widzę piękne komnaty zamku Bobolice, stylizowanego na XIV-wieczny Wawel, widzę piękne stroje, ładnie wykonane. Widzę dobrze dobraną scenografię. Nie jest źle. A że się ludziom nie podobała korona Władysława Łokietka? Że niby tekturowa? Fakt, może nie była zbyt wyszukana, jak na królewską głowę, ale w końcu szanowny Łokietek występował w zaledwie 4-5 odcinkach, po czym zmarł, by po kolejnych 6 odcinkach udać się na wieczny spoczynek w Katedrze. Czy warto było tworzyć koronę jak najlepszą, jak najpiękniejszą, żeby król nosił ją... no, może w 3 scenach? Można ten minus wybaczyć.

Aktorzy... Tu jest różnie. Początkowe odcinki trąciły teatralną manierą, doskonałą na deski sceny, do występu na żywo, a nie do serialu. Aldona trąciła dziecinnością, Łokietek żywcem przypominał Papcia Chmiela, biskupi kojarzyli się z sitcomowymi pijaczynami, a rycerze nieudolnie naśladowali swoich giermków. Przyczyną tego było chyba przymusowe dokręcanie, na szybko, pierwszych odcinków, z nową wersją scenariusza. Albo też aktorzy czekali aż król umrze, bo z czasem się wyrobili. 
Kazimierz wygląda tak, jak można sobie go wyobrazić, patrząc na 50-złotowy banknot i odejmując mu 40 lat. Czuć od niego surową potęgę, która jeszcze się zaostrzy, ale też bije od niego dobro. Powstaje ładny kontrast, przez który można tego aktora polubić. Swoją drogą śmieszy mnie, że aktor grający króla ma na nazwisko... Król. No, coś w tym jest.
Jadwiga, matka Kazimierza... Zdecydowanie nie chcę mieć takiej teściowej. Silna, potężna kobieta, z wielkimi ambicjami i surowym wyrazem twarzy. Bardzo dobra kreacja statecznej matrony, która choć sympatii nie zbiera, to zamiast niej człowiek odczuwa respekt.
Siostry Kazimierza, Kunegunda i Elżbieta. Kolejny dobry kontrast. Niespełniona księżna Kunegunda, z lekkim szaleństwem w oczach, a przeciwko niej kreująca się na dwulicową Elżbieta, królowa węgierska. Między tymi paniami jeszcze zagrzmi. Oby mocno, bo jest potencjał na szalenie interesujący konflikt.
No i moi ulubieńcy, Litwini. Księżna Anna Aldona, pierwsza żona Kazimierza. Niesamowicie krytykowana przez publiczność. Ja jednak ją lubię. Jest zadziorna, kiedy trzeba ma w oczach kurwiki, jawnie przeciwstawia się obyczajom chrześcijańskim, pyskuje królowej... Barwna to postać, może nieco mniej, niż w rzeczywistości była, ale barwna. Tak jak jej brat, Olgierd.
Książę Olgierd, w serialu jak na razie tylko szwagier Kazimierza, historia już wie, że z czasem stanie się ojcem naszego Władysława Jagiełły. Widać, że to swój chłop, poczciwie mu z oczu patrzy. I biskupowi odpowie dowcipem, i królową Węgier zauroczy, i z Kazimierzem stanie do pojedynku, i spisek węgierski ujawni. Interesująca postać, bezapelacyjnie.
No i kucharka, też Litwinka. Równie zadziorna i swojska, co reszta rodaków.

Na plus oceniam też to, że Węgrzy często mówią po węgiersku, a Litwinom zdarzy się po litewsku. Na minus, że niezbyt często. Aldona, jak podają kronikarze, nigdy nie nauczyła się polskiego, podejrzewam zatem, że jej kucharka czy czarownica także.
W właśnie, czarownica. Bardzo mnie cieszy, że tak stacja, będąca obecnie w bardzo religijnych rękach, pozwoliła na tak liczne wątki pogańskie. Bo w końcu Litwa na początku XIV wieku była jeszcze pogańska. Tedy mamy w serialu czarownicę, czy też bardziej guślarkę, Egle, będącą jednocześnie wierną dwórką Aldony, parającą się co jakiś czas zaklęciami, wróżeniem z ognia, z kłosów, itp. Duży plus. Mamy też odwołania do bałtyckich bogów. Aldona podczas jednej z wróżb zauważa w ogniu boginię śmierci, Giltine, a kucharka zaklina się nie tylko na Boga chrześcijan, ale także na Perkunasa. Nawet ta Aldona, przechrzczona na Annę, cały czas nosi na szyi pamiątkę z Litwy, wisiorek w kształcie węża-boga wód, Zaltisa.

Podsumowując, "Korona królów" nie jest taka zła, jak na początku ją opisywano. Jeśli ktoś lubi historię, chciałby ją lepiej poznać, dowiedzieć się czegoś, to serial polecam. Polecam też tym, którzy lubią takie powiastki historyczne. A że nie wygląda jak "Gra o Tron"? Bo i "Grą o Tron" nigdy nie miała być. Ktoś puścił plotkę, że to będzie porównywalna produkcja, a prosty lud uwierzył, szerząc tę plotkę jeszcze dalej. I tym samym poszła w świat zła opinia, że dziadostwo, bieda i doły z mułem. Ale czy można porównywać serial produkowany przez stację prywatną, z wielomilionowym budżetem, z serialem produkowanym przez stację państwową, w dodatku bardzo chętnie bojkotowaną, z pieniędzy wielokrotnie mniejszych? Czy można porównać serial fantasy, na podstawie książki fantasy, z serialem historycznym, opartym o kroniki? Czego się spodziewano po tym serialu? Armii nieumarłych maszerującej na Wawel? Smoka Wawelskiego, dosiadanego przez zmartwychwstałą po kilkuset latach Wandę? Już jeden smok w polskim serialu był. Wystarczy. Więc może, że Gniezno przerobią na Winterfell, a Kraków stanie się Królewską Przystanią? To jak porównywać Słońce z Księżycem i ubliżać mu, że nie świeci równie mocno, nie grzeje, a w ogóle jest brzydki i siedzi na nim nie pięknolicy Jamie Lannister, tylko nasz ogorzały Twardowski.

Swoją drogą, po 10 odcinkach w końcu zakończył się w serialu wątek Zachów, rodu węgierskiego, wymordowanego po nieudanej próbie zemsty Felicjana Zacha, niedługo po gwałcie, którego dokonał nasz Kazimierz na młodziutkiej i pięknej Klarze Zach. Wątek fascynujący, nie mniej potraktowany po macoszemu. Ale Węgrzy pamiętają. I nie zapomną.

   
  
  
  

wtorek, 31 października 2017

Dziady czas zacząć!

A skoro mowa o Dziadach... Wróciłem. Wróciłem w ten jakże wyjątkowy dzień. 31 października, w dzisiejszych czasach dzień ten znany jest jako Halloween. Ze sklepowych witryn i kuchennych blatów szczerzą się do nas dynie, zarówno te, które los rzucił na parapet, by ze świeczką w środku świeciły, straszyły i zdobiły, jak i te, którym bogowie zgotowali zgoła inny los. Właśnie, zgotowali...

Halloween, z pękatymi dyniami, czarnymi nietoperzami, wijącymi się tu i ówdzie pajęczynami, sztucznymi i prawdziwymi, poprzedza chrześcijańskie święto - Wszystkich Świętych, kiedy to naród, nagle pchnięty przez tradycję, rusza na cmentarze, by tam oddać cześć zmarłym. A jak nie cześć to chociaż kwiatka. Może być sztuczny. I znicz, ostatnimi czasy też coraz częściej ze sztucznym płomieniem, tak jak i sztuczna bywa potrzeba odwiedzin zmarłych bliskich. I choć nie o tym chciałem napisać, to jednak muszę. Jak to jest, że ok 60-70% grobów jest przez cały rok zapomnianych, brudnych i zaniedbanych, bez ani jednego znicza, a nagle 1 listopada cmentarze zapełniają się żywymi? Czy naprawdę trzeba przypominać żywym, że ich zmarły krewny gdzieś tam leży i można przyjść w inny dzień, dowolnie wybrany spośród pozostałych 364/365, postać chwilę nad grobem, przywitać się, zgarnąć liście, poprawić kwiaty w wazonie... To nie kosztuje wiele. Ale nie o tym...

Nie każdy wie, że zarówno Halloween, jak i Wszystkich Świętych, mają swoje odpowiedniki na naszym, europejskim gruncie. Halloween zostało wykreowane na bazie starego, celtyckiego święta, Samhain. Wszystkich Świętych ma z kolei piękny, słowiański odpowiednik - Dziady.

Samhain jest jednym z najważniejszych świąt zarówno w dawnej tradycji celtyckiej, jak i wśród współczesnych pogan. Obchodzi się go w nocy z 31 października na 1 listopada, która to noc staje się także początkiem zimy i jest pierwszą nocą nowego roku. Wszystkie plony zostały już zebrane, tym samym Ziemia mogła udać się na spoczynek, aż do uzyskania pełnej żyzności. W tę wyjątkowa noc ludzie zbierali się przy rytualnym ognisku, samhnag, rozpalanym w jednym z domów lub przy kurhanach przodków, by potem przenieść nowy ogień do swoich własnych domostw. Antropolog James George Frazer, w swoim kluczowym dziele "Złota gałąź", podaje: "Hallowee'en było prawdopodobnie z dawna świętem ważniejszym, ponieważ Celtowie uważali zdaje się właśnie Hallowe'en, a nie Beltane, za pierwszy dzień nowego roku. Na wyspie Man, jednej z fortec, w której język i obyczaje celtyckie najdłużej przetrzymały saksońskie oblężenie, pierwszy listopada starego stylu do niedawna jeszcze uważano za dzień noworoczny. W tym dniu zwykli byli chodzić kolędnicy, śpiewając w miejscowym języku coś w rodzaju pieśni noworocznej, zaczynającej się od słów: "Dziś mamy  wieczór noworoczny, Hogunnaa!". W dawnych czasach w Irlandii rozpalano w Hallowe'en, czyli wilię Samhain, nowy ogień, od którego zapalano wszystkie ogniska w Irlandii".

W tę noc składano również ofiary zmarłym, gdyż wierzono, że przejście ze starego roku w nowy oraz z żyznego, płodnego lata do jałowej, martwej zimy sprawia, że otwierają się zaświaty. To wtedy dusze zmarłych, które nie zaznały dotychczas spokoju, pojawiały się na ziemi i szukały miejsca, gdzie mogą zamieszkać przez najbliższy rok. Niespokojnym wędrówkom dusz sprzyjały coraz dłuższe noce i coraz większe zimno. 

Ważnym elementem obchodów było pozostawienie otwartych drzwi, żeby nie rozgniewać ducha, który za życia mógł przez nie przechodzić. Wystawiano na zewnątrz jedzenie, aby zmarli zainteresowali się nim, a nie żyjącymi krewnymi. Druidzi wierzyli, że ten wyjątkowy zanik granicy między światem żywych a martwych sprzyjał czarom, to też chętnie korzystano z wróżb i przepowiedni.

Wyjątkowo złe dusze starano się przepędzić, wystraszyć. W tym celu zakładano ciemne stroje i maski z roślin, czego kontynuacją są dzisiejsze przebrania halloweenowe.

Świętem podobnym do celtyckiego Samhain są Winternights, Zimowe Noce, praktykowane przez ludy Północy, od 29 października do 2 listopada. Również w tej tradycji był to koniec lata. Kończono wtedy wszelkie podróże, przygotowywano się do zimy i wspominano zmarłych przodków. Zaczynał się wówczas okres Łowów, który trwał aż do końca kwietnia, do Nocy Walpurgi. Jedna z popularnych przepowiedni głosi, że kto przesiedział noc z 31 października na 1 listopada na grobie, mógł zyskać niebywały talent poetycki lub wzmocnić swoją moc magiczną, jeśli, rzecz jasna, nie oszalał.

Wracając na nasze podwórko, nieco nam bliższe, pamiętać należy o słowiańskich Dziadach, tak pięknie przedstawionych przez Mickiewicza. Nie jest to święto aż tak stare jak Samhain, wręcz względnie młode, choć może po prostu niewiele wiadomo o nim.
Przede wszystkim Dziady odprawiano najczęściej w domach, gdzie zawczasu przygotowywano dla zmarłych wieczerzę. Jak i wszędzie, dusze można było rozróżnić na złe i dobre. Te złe, osób zmarłych śmiercią tragiczną, nagłą, pozostawały na ziemi pod postacią demonów, jakże licznych w słowiańskich, ludowych demonologiach. Natomiast osoby zmarłe śmiercią naturalną, skoro już się pojawiły na ziemi na krótki czas, zapraszano pod strzechę. W tym celu otwierano dla nich okna. Gdy dusza już pojawiła się w domu, trzeba było wystrzegać się pewnych czynności i zachowań. Wylewając w tym czasie wodę, można było nieszczęsną duszę oblać. Łyżki, która upadła, nie wolno było podnosić, wszak zmarły też chce się pożywić. Nerwowy gospodarz powinien raczej uderzyć się pięścią w nogę, niż w blat stołu, żeby siedzące obok dusze się nie wystraszyły. Nikt nie chciał chyba mieć pod dachem rozwścieczonego dziadka-nieboszczyka? Jednakże często uczty dla zmarłych przenosiły się na cmentarze, gdzie zostawiano na grobach miód, kaszę, chleb czy mak, żeby wyprosić u zmarłego modlitwę o własną pomyślność.

Jak przeczytać można w "Starożytnościach polskich", z 1842 roku: "Dziady, obrządek na cześć zmarłych na Litwie, na Żmudzi, w Kurlandii i Prussiech około 2. Listopada czyli dnia zadusznego obchodzony. Przynoszą duszom pokarm: miód, piwo, ryby, mięso - rzucają z każdej potrawy pod stół, zlewają nieco trunków, kadzą mąką, zbożem, solą i kadzidłem (...). Po uczcie zamiata ofiernik izbę wołając na duszyczki: "Jadłyście, piłyście, teraz idźcie precz!"".

"Leksykon religioznawczy" podaje z kolei: "Dziady - potajemnie odprawiany nocą - w wigilię święta zmarłych - na cmentarzach i w kaplicach cmentarnych obrzęd ludowy ku czci zmarłych (głównie w XVIII i XIX w.). Polegał na przygotowaniu specjalnej uczty dla dusz zmarłych oraz odprawieniu określonych praktyk i zaklęć magicznych celem zapewnienia im wiecznego spokoju. D. są swoistym połączeniem w polskiej i białoruskiej kulturze ludowej starosłowiańskiego kultu zmarłych z wierzeniami chrześcijańskimi. (...) Szczątkowe elementy d. zachowały się we współczesnych ludowych formach czci pamięci zmarłych w Polsce, na Białorusi i Ukrainie. Zaliczyć do nich należy składanie w dniu święta zmarłych na mogiłach ofiar z ognia (zapalanie lampek, świeczek) oraz gdzieniegdzie jeszcze jadła (niewielkie dwojaczki czy trojaczki z pożywieniem i specjalne pieczywo)".

Chcemy, to bawmy się w Halloween. Chcemy, to idźmy 1 listopada na cmentarz. Ale niech to nie będzie tylko przykry obowiązek. Zmarli są bardziej żywi, niż moglibyśmy przypuszczać. Jak pisał Adam Mickiewicz: "Pierś znowu tchnęła, lecz pierś lodowata, usta i oczy stanęły otworem, na świecie znowu, ale nie dla świata; czymże ten człowiek? – Upiorem."

No i pamiętajmy o tych naszych, europejskich korzeniach. Bowiem, znów sięgając do "Złotej gałęzi", Frazera: "Nie tylko Celtowie, ale wszystkie ludy europejskie uważały od najdawniejszych czasów tę noc stanowiącą przejście od jesieni do zimy za porę, gdy dusze zmarłych przychodzą w odwiedziny do swych dawnych domów, by ogrzać się przy ogniu i podjeść sobie dobrze z przygotowanych przez kochających ich krewniaków wiktuałów, wyłożonych w kuchni lub izbie mieszkalnej. Naturalna to była przecież myśl, że nadejście zimy wypędzi biedne drżące i głodne duchy z nagich pól i ogołoconych z liści lasów, że będą szukały schronienia w domach, przy znanych im ogniskach".

środa, 19 lipca 2017

Źle się dzieje w państwie polskim

Nasz naród pamięta z historii chocholi taniec, tak pięknie opisany przez Stanisława Wyspiańskiego. To nie są bardzo odległe czasy, aż tu nagle ten naród znów wpadł w sidła chochołów. Znów wpadł w letarg, marazm, i nie wygląda na to, żeby prędko miał się z niego obudzić.

To, co dzieje się w naszym kraju, to jawna kpina z Polaków, z demokracji, z wolności. Ludzie, czy wy, do stu tysięcy diabłów, naprawdę nie widzicie co się dzieje? Przeanalizujmy to krok po kroku.
  • Rząd obiecał ludziom 500 zł na każde dziecko, licząc od drugiego. Cel słuszny, wszak wychowanie dzieci kosztuje. Ale dając pieniądze milionom osób, tak naprawdę kupił sobie ich głosy i wręcz dusze. Bo nie gryzie się ręki, która daje jeść, prawda? Więc miliony ludzi nie powie złego słowa na władzę, nie przeciwstawi się, a podkuli ogony, łapami zgarnie rzucone im złotówki i zamilknie dopóty, dopóki w budżecie będą pieniądze.
  • Rząd kupił sobie też inną grupę społeczną, mianowicie osoby w wieku +50 lat. Obiecał im wcześniejsze emerytury, więc ci ślepo pobiegli za nim. Ale to będzie miało tragiczne skutki. Załóżmy, że teraz na 1 emeryta pracują 2-3 osoby. Jeśli nagle liczba emerytów się zwiększy, a trzeba pamiętać, że społeczeństwo nam się starzeje, to liczba ta się odwróci i będzie pracowała 1 osoba na 2-3 emerytów. Co to oznacza? Ano to, że zamiast dostać 1500 zł emerytury ludzie dostaną mniej. Znacznie mniej. Dlatego tak ważne jest, żeby jednak ten wiek emerytalny był nieco wyższy, żeby więcej ludzi pracowało na te emerytury dla innych. Ale hasło wyborcze było chwytliwe, więc stado pobiegło, skuszone nader łatwo.
  • Mamy już posłuszne społeczeństwo, któremu wiele dano, więc ręki nie podniesie na władzę. Ale gdyby jednak chciało? Trzeba je wyedukować od nowa, wpajając odpowiednio okrojona historię, dużo patriotyzmu i mnóstwo religii. Zmieńmy więc system edukacji! Wprowadźmy dłuższą szkołę podstawową i nowe szkoły średnie, a przy okazji wprowadzimy własny program nauczania. Młody umysł jest bardziej chłonny, łatwiej przyswaja wiedzę i łatwiej go zmanipulować, prawda? Więc już coraz więcej uczy się dzieci o żołnierzach wyklętych, nienawiści do innych, a nad wszystkim, z brzozowych krzyży, czuwa Jezus Chrystus, nie-Żyd, król polski.
  • Jest już ugłaskany naród, rozpoczęte jest pranie mózgów młodego pokolenia. Co dalej? Wprowadzenie rejestracji numerów telefonów, pod przykrywką walki z terroryzmem. Z pewnością jest to jakieś rozwiązanie, żeby zapobiec aktom terroryzmu, ale czy tylko o to chodzi? A może właśnie to tylko owa „przykrywka”, a tak naprawdę chodzi o to, żeby przejąć kontrolę nad ludźmi? Bo że telefony są podsłuchiwane, to wie chyba każdy. Więc gdyby szykował się jakiś przewrót, można łatwo sprawdzić kim jest i gdzie mieszka prowodyr całej akcji. Nie ma to jak kontrolować i nadzorować!
  • Mamy więc społeczeństwo udobruchane, kontrolowane i manipulowane, ale czegoś wciąż brakuje. Skoro ludzie mają 500+, wiele osób zrezygnowało z pracy (sam znam takie osoby), inni przeszli na emeryturę, więc też mają już czas wolny. Przeciętny Polak nie spędza go w muzeach, teatrach czy przy książce. Spędza go przed telewizorem. Więc trzeba zmienić program telewizyjny tak, żeby uczyć widzów patriotyzmu i miłości do Polski. Wychodzi z tego tyle, że niemal codziennie w państwowej telewizji można zobaczyć serial o żołnierzach wyklętych, sanitariuszkach z powstania, do tego dołóżmy „Ogniem i mieczem”, „Potop”, „Krzyżaków” i „Chłopów”, a zamiast widzów będziemy mieć przed telewizorami „Dziady”.
  • Mało tego. Niech się jednak trafią jednostki myślące samodzielnie. Takie osoby, które zaczną się zastanawiać nad sytuacją w kraju, że coś jest chyba jednak nie tak. Tu do akcji wkroczy Kościół, gromiąc z ambony i strasząc ogniem piekielnym, brakiem rozgrzeszenia, ostatniego namaszczenia czy wręcz ekskomuniką. Wiele ludzi się wystraszy i już wyłączy to samodzielne myślenie. Proste?
  • Ale przecież nie wszyscy są katolikami i wyborcami jedynej słusznej partii. Jak ich przypilnować? Trzeba wyrzucić z wojska nieodpowiednich generałów, najlepiej przekazując władzę osobom podległym władzy. Dlaczego? Na wypadek rozrób czy ewentualnej rewolucji. Posłuszni rozkazom wojskowi będą pilnować prawa w sposób „sprawiedliwy”, wykonując rozkazy władzy. Przypomina wam to coś? Bardzo.
  • Do tego sądy. Rzekoma reforma sądownictwa ma doprowadzić do tego, żeby sądy były zależne od partii rządzącej. Efekt tego będzie taki, że osoby działające nie po myśli władzy, innego wyznania, orientacji, poglądów, czy co jeszcze można wymyślić, będą z góry skazane na klęskę. Bo naród musi żyć tak, jak chce tego władza, a wszelkie odstępstwa od normy będą karane, niby sprawiedliwie.

Czy takiego kraju chcemy? Skłóconego, zwaśnionego, obrażonego na Unię, z której dostaliśmy miliardy euro na rozwój, obrażonego na Rosję, która w najlepszym wypadku nas wyśmieje, zostawionego samego sobie w tych niepewnych czasach?

Już dziś przeglądając internet, czytając komentarze, artykuły i memy, widzę, jak bardzo nasz naród zidiociał przez ostatnie lata. Mnóstwo ludzi nie potrafi nawet sklecić prostego zdania, nie mówiąc o jakimkolwiek samodzielnym myśleniu. Chcemy być narodem zombie, sterowanym odgórnie przez niezrównoważonych ludzi? Chcemy być straszeni przez czarnych panów? Chcemy, żeby Polska została zrujnowana? Nie po to tyle wieków walczono o nasz kraj, żeby teraz garstka ludzi go zniszczyła w ciągu 4 lat rządów. Obudźcie się z tego letargu! Zróbmy coś, wszyscy, żeby nasza przyszłość była przynajmniej dobra! Siedząc na tyłkach w domach przyczyniamy się tylko do tragedii, przyklaskując władzy. Kimże są ci, którzy teraz nami rządzą? Bogami? Nie, to ludzie, tacy jak my. Zauważcie, że to co się teraz zaczyna dziać, coraz bardziej przypomina komunę. Nie mówię, żeby popadać ze skrajności w skrajność, ale trzeba przynajmniej wypośrodkować to, sprowadzić do neutralnego i nieszkodliwego poziomu.

Zróbmy coś z tym, do licha!


piątek, 14 lipca 2017

Kraków po raz n-ty

I znów Kraków... Kilka dni już minęło od powrotu z tego pięknego miasta (bez wątpienia najpiękniejszego na ziemi polskiej). Myślałem, że już się pożegnałem (chwilowo) z nim, jednak okazało się, że nie. Tęsknię. Ostatni spacer brzegiem Wisły, na Dębniki i Salwator, 30 czerwca, pokazały mi jak bardzo jestem zżyty z tym miastem. Ja i ono to jedno ciało. Wiem, że przyjaciele i rodzina powiedzą mi "Wrócisz tam" albo "W każdej chwili możesz Kraków odwiedzić", ale czy to będzie to samo? Nie. Codzienne wędrówki ulicami Starego Miasta, żydowskimi zakamarkami Kazimierza, po magicznym Podgórzu, nowoczesnej Nowej Hucie, zabytkowym Zwierzyńcu... Kto nie mieszkał w Krakowie dłużej, niż pół roku, nie doceni tego miasta. Jest stare, męczące, często brudne, bywa źle skomunikowane, odludne, nieprzyjazne... ale jest piękne ponad wszystko. Trzeba zagłębić się w poszczególne ulice, budynki, kamienice, trzeba wchłonąć ten krakowski klimat, kulturę, atmosferę, trzeba poczuć się w pełni krakowianinem, nawet jeśli z krwi jest się kimś innym, aby poczuć piękno tego miasta.

Tęsknię. Myślałem, że tęsknić można tylko za ludźmi. Najwyraźniej jestem hiperwrażliwy, że tęsknię też za miejscami, rzeczami, itp. Kocham Kraków od dziecka i nikt mi tego nie zabierze. Cieszy mnie to, że coś jest tak bardzo mojego, jak niewiele już rzeczy.

czwartek, 22 czerwca 2017

18 powodów, czyli Kupalnocka z uśmiechem

18 POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARTO BYĆ POGANINEM*


1. Nie musisz ciągle wysłuchiwać od ateistów, że wierzysz w coś, co nie istnieje. Czcisz Słońce. Jak ktoś ma wątpliwości, czy Ono istnieje, to pokazujesz palcem. Richard Dawkins może ci naskoczyć.

2. Matka Natura nie ma ci za złe, gdy gapisz się na tyłki płci przeciwnej. Wręcz przeciwnie, cieszy się, że doceniasz, że tak ładnie jej wyszły.

3. Bardzo szybko uczysz się dystansu do tego, co ludzie mówią o twojej wierze. No bo jak powiesz, że świętujesz pełnię Księżyca, to wiadomo, że będą się śmiali. I oczywiście przechodzisz nad tym do porządku dziennego, zamiast pielęgnować urazę swoich uczuć religijnych.

4. Nie masz jednej księgi z odpowiedziami na fundamentalne pytania, więc szukasz w wielu różnych. Koniec końców, pewnie i tak nie znajdziesz, ale jaki będziesz oczytany!

5. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby święte drzewo wyrosło w kształt bazyliki w Licheniu.

6. Zagadnienia teologiczne stają się znacznie bliższe życiu, kiedy w twojej religii Matka jest symbolem płodności, a nie dziewictwa.

7. Politycy i publicyści nie wycierają sobie gęby imionami twoich bogów. A nawet gdyby chcieli, to nie umieliby ich wymówić.

8. Nikt za bardzo nie wie, po czyjej jesteś stronie w sporach antyklerykałów z Kościołem, oświeceniowych racjonalistów z religijnymi fundamentalistami, moherów z lewakami itp., więc każdy może z tobą porozmawiać jak człowiek z człowiekiem. A że i tak zdarza się to rzadko, to już inna rzecz.

9. Wolno ci jeść wszystko, pod warunkiem, że nie będziesz się czuł pokrzywdzony, jeśli w końcu coś zeżre ciebie.

10. Twoi bogowie nie wypierają się tego, że stworzyli ludzi takimi, jakimi są. Na przykład gejami. Pewnie nawet gdzieś tam w Panteonie jest jakiś osobny bóg specjalnie dla nich, bo dlaczego by nie? I na pewno wygląda bo-sko!

11. W szkołach i urzędach krzyże na ścianach pojawiają się i znikają, ale pogańskie paprotki na parapetach, symbolizujące odwieczną siłę Natury, trwają niezmiennie.

12. Składanie ofiar rzeczowych ma więcej sensu, kiedy czcisz święte zwierzęta. Głodnej wiewiórce sprawisz więcej radości orzeszkiem niż obrazowi Matki Boskiej kolejnym złotym wisiorkiem.

13. Jedyny ojciec, którego czcisz, to twój własny. Co prawda nie był pewnie nieskończoną miłością, ale za to widywałeś go nie tylko w wizjach i prawdopodobnie nie groził ci skazaniem na wiekuiste męki za nieposłuszeństwo ani nie wyrzucił z domu za podjadanie jabłek z sadu.

14. Rozumiesz, że nie jesteś duszą uwięzioną w ciele, tylko tym właśnie, cudownie skonstruowanym, ciałem. Fajnie jest nie czuć się uwięzionym, prawda?

15. Na tacę kładziesz filiżankę.

16. Nie wierzysz w te bzdury, jakoby dobra karma wracała. Na podstawie wieloletnich obserwacji swojego zwierzęcia totemicznego (na przykład kota) wiesz, że dobra karma to taka, która po spożyciu nie wraca i nadaje sierści jedwabisty połysk.

17. Niebo masz zawsze nad głową, a nie w abstrakcyjnej i niepewnej przyszłości.

18. W twojej politeistycznej wizji świata jest miejsce dla każdego boga, którego przyniesie ze sobą napotkany człowiek.



* podkradzione z czeluści internetu. Podpisuję się pod nimi w pełni!

Sława!

czwartek, 1 czerwca 2017

Mroczny rewolucjonista?

Przypadkiem trafiłem dzisiaj na wynik pewnego testu, który zrobiłem sobie dosyć dawno temu. Niby głupia zabawa internetowa, ale opis, który mi wyskoczył, urzekł mnie kompletnie.

Żyć szybko i umrzeć młodo - podpisałbyś się pod tym stwierdzeniem. Fascynuje cię krew, śmierć i zniszczenie, dlatego piszesz fabuły, których nie powstydziłby się Ridley Scott albo bracia Coen, a w życiu wyczekujesz tylko okazji, żeby przyłączyć się do jakiegoś powstania, rewolucji albo innej krwawej rozróby. Kręci cię irracjonalizm, mroczna fantastyka i perwersyjny erotyzm. Jeśli się w coś angażujesz, to na maksa - z każdej organizacji albo sekty prędzej czy później cię wyrzucą, bo będziesz bardziej radykalny niż jej guru (jak to było z Towiańskim). Wiesz, że tak naprawdę to ty napisałeś najlepszą romantyczną powieść poetycką, a nie ten zniewieściały wymoczek Antoni Malczewski. Będziesz spiskował, walczył w powstaniach, chodził po Tatrach i - jak na złość - dożyjesz późnej starości.

Trafili. No, kurczę, trafili. Szczególnie z tym "irracjonalizmem, mroczną fantastyką i perwersyjnym erotyzmem".

Ale to nie wszystko. We mnie znaleźć można o wiele więcej rzeczy, o wiele więcej elementów różnych filozofii czy poglądów. Ale o tym w następnej notce.